Po wykładzie… a co by było gdybym miała 90 lat?

Wzięłam dziś udział w wykładzie prof. Lesliego Kozaka, który zaczął swoje rozważania od Roya Britten, który był amerykańskim naukowcem, który dożył 93 lat i swoje życie poświęcił nauce, zmieniając jedynie kierunek swojej edukacji. Był fizykiem, potem biologiem…

Ale nie o tym chcę napisać.

Na tym spotkaniu zdałam sobie sprawę, jak niewiele może znaczyć kilka lat z życia prowadzonego w ten sam sposób (np. pobudka, praca, dom, obowiązki, nauka, sen), w odniesieniu do 90 lat… Przecież to tylko epizod. I owszem, nie każdemu jest dane tyle żyć, ale przecież o to chodzi! Chwytać dzień, który się zaczyna i nie patrzeć wstecz, a patrzeć w przyszłość. Wszystko zależy od nas samych i możemy robić wszystko! Dosłownie wszystko, ale posiadając pewne wartości, pasje, które ugruntują poniekąd nasze zmierzenia.

Chciałam być kiedyś nauczycielką (jak każda mała dziewczynka), więc czemu swojej wiedzy nie zacząć przekazywać innym, bo na tym opiera się nauka. Chciałam być piosenkarką, dlaczego nie pójść na karaoke i zaśpiewać. Chciałam pracować z ludźmi i dla ludzi…

Trzeba naprawdę pozostawić wszystko za sobą i myśleć o przyszłości. Mając 90 lat chciałabym spojrzeć wstecz i powiedzieć: miałam wspaniałe życie i niczego nie żałuję!

Weekendowe przemyślenia romantyczki

Cały weekend spędziłam z siostrami przed telewizorem zażerając się chipsami i tartą popijając winko. Cudowny weekend, który dzięki niektórym tekstom z filmów dał mi trochę do myślenia… No więc?

Zaczniemy od obejrzenia filmiku.

Miłość lat ‘80

Obejrzeliście? No to powiedźcie mi, gdzie podziała się taka miłość? Kiedy mężczyźni starali się o kobietę, nie szli po najprostszej linii oporu.

Wydaje mi się, że obecnie wszystko obraca się wokół prostoty, a romantyzm zniknął wraz z nadejściem XXI wieku, gier playstation, portali społecznościowych i innych “cudownych” rozwiązań globalizacji.

Mojemu mężczyźnie zdarza się zaskoczyć mnie swoim nagłych przyjazdem, kwiatami z rana, wycieczką dwutygodniową po Europie, weekendem we dwoje… Ale czy każda z nas ma to co by chciała?

Ale chyba każda z nas marzy o takich czynach (link poniżej), które świadczą o miłości! Bo pamiętajmy, że nie słowa czynią miłość, aczkolwiek to duża potęga i źle wypowiedziane słowo może zadać ogromny ból i zburzyć wszystko…

Czyny nie słowa…

Większość z dziewczyn marzy, żeby traktowano ją z szacunkiem, oddaniem, zaufaniem, uczuciem, które sprawi, że będą one najzwyczajniej w świecie szczęśliwe. Marzy o byciu zaskakiwaną - pozytywnie!

Proszę więc Was wszystkich szanujmy siebie nawzajem…

Może jest jeszcze jakaś nadzieja dla rodzin migracyjnych?

Ok! Oficjalnie jestem przerażona danymi statystycznymi… dotyczącymi rodzin migracyjnych…

Otóż wyczytałam w książce Stanisława Kozaka “Patologia eurosieroctwa w Polsce. Skutki migracji zarobkowej dla dzieci i ich rodzin” wiele niepocieszających zdań, a co więcej obecna sytuacja polityczna/ekonomiczna Polski, nie zmierza do naprawy kwestii migracji zarobkowej…

Bardzo pesymistycznie autor podchodzi do związków “na odległość”, zwłaszcza do małżeństw, w których jedna ze stron wyjechała za granicę w celach zarobkowych, zostawiając swoją drugą połówkę i dziecko. Z badań wykazuje się, że najczęściej migrują “świeżo upieczeni” mężowie, którzy uciekają od monotonii wkradającej się do związku…

A co ze skutkami takich czynów: są one okrutne nie tylko dla pary, ale również dla dzieci…

Myśląc, jak pedagog to, by rodzina składająca się z małżeństwa i np. dwóch dzieci funkcjonowała, musi być dwóch rodziców. Oczywiście nie możliwością jest  promowanie wzorców życia rodzinnego, jeśli jeden z rodziców jest za granicą.

I co znów później się dzieje?

Kobieta - silna, przejmuje rolę ojca, opiekująca się dzieckiem w Polsce, by mąż mógł zarobić na dostatnie życie “rodziny”.

Dziecko - obserwuje i uczy się, że ma być silne, samodzielne bo rodzice muszą sobie oddzielnie sami dawać radę i nie uczy się partnerskich relacji, bo ich najzwyczajniej w świecie nie widzi…, a co uważa na temat rodzica migrującego: “Jesteś rycerzem w lśniącej zbroi” albo “Nie istniejesz dla mnie wogóle”.

Mężczyzna - prowadzi z czasem życie kawalerskie, zawiązuje nowe znajomości i odnawia stare, co często może prowadzić do zdrady=rozbicia rodziny=rozwodów.

Jeśli niektórzy uważają, że wyjazd za granicę i rozłąka są najlepszym lekarstwem na poprawę relacji między małżonkami to wg. autora książki - są w błędzie!

Rodziny mogą jednak przetrwać jeśli:

  • są to wspólne, przemyślane decyzje;
  • istnieje silne uczucie między małżonkami;
  • są określone odwiedziny/długości wyjazdów;
  • jest internet = zbawienie dla rodzin migracyjnych!

I te ostatnie 4 punkty napawają mnie optymizmem, bo przecież rodzinę tworzy się z rozsądkiem, silnym uczuciem dwóch osób, a nie ad hoc…

Dlatego apeluję do młodych ludzi: NIE BIERZCIE ŚLUBU JEŚLI NIE ZAPEWNICIE SOBIE PODSTAWOWYCH POTRZEB (nie tylko ekonomicznych), BO NIE CHCIELIBYŚCIE W PRZYSZŁOŚCI KRZYWDZIĆ SIEBIE I INNYCH (mam tu na myśli dzieci).

www.wspolnanauka.blogspot.com

Wczoraj nie mogąc zmotywować się do nauki francuskiego zaczęłam zastanawiać się, co by mnie poruszyło. Dzięki stronie http://www.blogparty.pl/odnalazłam stronkę, na której Gosia uczy się od podstaw romantycznego języka. Postanowiłam pójść w jej ślady i w ciągu godziny napisałam już pierwszego posta na mojej nowej stronie.

http://wspolnanauka.blogspot.com/

Wspólna nauka ma na celu przekonanie nie tylko mnie ale i innych, że dzięki ilości materiałów darmowych online, kursów e-learningowych mamy szansę stać się poliglotami! Wszystko zależne jest jedynie od naszej siły, chęci i poświęconego czasu na realizację założonych celów.

Moimi celami są obecnie języki: francuski i hiszpański, jak również poprawa wiedzy na temat języka angielskiego, niemieckiego i opanowanie wreszcie flamandzkiego!

Do dzieła kochani, nie poddawajmy się i bądźmy skupieni na swoich celach a osiągniemy dużo!

Świadomość własnych wartości - cenny dar

Dzisiaj odkryłam ważną sprawę, która okazuje się niezwykle istotna dla poczucia własnej wartości.
Dlaczego pozwalamy, by ogólnie nazwane “normy społeczne” wpływały na nas?

Sytuacja, w której uczestniczyłam kilka dni temu zmusiła mnie do zastanowienia się nad sobą i własnymi wartościami/normami. Z mężczyzną mojego życia jestem dość długo i odwiedzając rodzinę słyszę jedno
zdanie (zakradające się w usta ciekawskich, jak również osób żyjących według schematów społecznych): kiedy ślub? I dopiero wczoraj zrozumiałam kilka rzeczy:
1. Jestem niezależna.
2. Nie jestem samotna (mój mężczyzna jest tysiące km ode mnie), jestem wolna (co nie znaczy że nie zaangażowana w związek).
3. Małżeństwo nie zmienia niczego <prócz stanu konta bankowego>.

Dlaczego więc mam ulegać emocjom innych osób, czy też wpływom ich norm? Nie powinnam, i tak jak do tej pory nie ulegałam, nie będę ulegać.  Wobec tego stawiam sobie inne wartości, które mogą być nie akceptowane przez najbliższych, rodzinę, społeczeństwo. Ale tylko dlatego, że będą one “inne” od ogólnie
przyjętych, będą tylko moje, i być może tylko mi będzie z nimi wygodnie żyć, nie znaczy, że mam nie tolerować wartości innych osób.

Dlatego nie zastanawiam się nad zmianą stanu cywilnego, bo jest to nieznaczące zwłaszcza dla osób kochających się, wiedzących że będą razem mimo wszystko, i niekoniecznie chcących wziąć aż tak ogromną odpowiedzialność za drugą osobą (co w sumie jest bardzo odpowiedzialnym podejściem do życia). Tym samym nie uważam się za osobę samotną, bo mam z kim dzielić swoje smutki i radości. Uważam się jedynie za osobę wolną, która potrafi czerpać z życia wszystko co najlepsze i nie stawia sobie granic/ograniczeń. Więc tym samym nie jestem od nikogo, czy niczego uzależniona. Wpływam sama na swoje życie, swoje wybory, które są świadome, ale również nie raniące nikogo.

Globalizacja : Wyzwania i problemy

Globalizacja stała się tematem modnym w nauce, a ponieważ jako były Wice Prezes SKN Tygryski, który działa pod opieką Centrum Transformacji, Integracji, Globalizacji, temat ten jest mi bliski, dlatego postanowiłam zrecenzować wykład Witolda Morawskiego pt. „Globalizacja: Wyzwania i problemy”.

Globalizacja według Witolda Morawskiego jest „obiektywnie zachodzącym splotem procesów ekonomicznych, politycznych i społeczno-kulturowych, obejmujących coraz większe liczby mieszkańców globu.”[1] Z kolei z punktu widzenia ekonomisty i finansisty globalizacja to szersze pojęcie, dotyczące„procesu tworzenia zliberalizowanego i zintegrowanego światowego rynku towarów i kapitału oraz kształtowanie się nowego międzynarodowego ładu instytucjonalnego służącego rozwojowi produkcji, handlu i przepływów finansowych na skalę całego kraju”. [2]

Jak słusznie Morawski zauważył, zmiany następują bardzo szybko, i zwłaszcza w Polsce są ściśle połączone z integracją europejską, jak również z transformacjami ustrojowymi. Świadkami tych zmian są głównie młodzi ludzie, lepiej wykształceni, którzy czekają na zmiany kończące transformację postsocjalistyczną.

Ważne jest by pamiętać, iż globalizacja nie oznacza utraty państwa narodowego, mimo że wzrasta znaczenie jednostek ponadpaństwowych, takich jak np. Unia Europejska. Proces ten może jedynie obniżyć rangę jednych, a podwyższać znaczenie innych funkcji państwa. Wymiar terytorialności należy do pośrednich skutków globalizacji i w analizach należy się bardziej skupić na „bezpośrednich siłach napędowych”[3]całego procesu.

Wyróżnia się 3-4 jednoczynnikowe ujęcia charakteryzujące globalizację, które pozwalają na wyróżnienie różnych typów omawianego zjawiska.

Pierwszym czynnikiem jest technologia, głównie technologia komunikacyjna, dzięki czemu dokonują się szybciej transakcje ekonomiczne na szeroką skalę, ale także umożliwia ekspansję kultury masowej. W związku z tym utworzone zostało nowe pojęcia „społeczeństwa informacyjnego ( Castells 1996, Morawski 2001, Zacher 1999)”. Te technologie umożliwiają komunikację zarówno jednostronną (np. CNN) , jak i dwustronną ( np. Internet). To sprawia, że również sytuacja ekonomiczna się zmienia. Dzięki mediom można odnaleźć produkty adekwatne do potrzeb i możliwości, przez co producenci prześcigają się w walce o klienta. Firmy wobec tego są „pod stałym naciskiem, by produkować więcej za mniej. ( Reich 2002, s.31)”.[4]

Innym czynnikiem jest ekonomiczny, czy też inaczej zwany, rynkiem globalnym, któremu przypisany jest mechanizm samoregulacji napędzany konkurencją. Wydawałoby się wobec tego, że słabsi aktorzy na scenie gospodarki są przegrani, ale jeśli korzystaliby z działania silniejszych wcale nie musiałoby do tego dojść. „Globalny rynek nie musi być grą o sumie zerowej i nie jest, ale mimo to jest asymetryczny.” [5]

Trzecim czynnikiem jest polityka. Jak powszechnie wiadomo przewodnikiem w globalizacji są Stany Zjednoczone, ponieważ są w stanie narzucić atrakcyjne rozwiązania wykorzystując przy tym swą potęgę ekonomiczną i polityczną. Wprowadzając wolny rynek gospodarczy państwo naraziło się na duży wpływ zagranicznych inwestorów. Przez co USA zmieniała swoje podejścia do globalnego porządku. Głównie po 11 września 2001 roku kraj ten rozpoczął walkę o hegemonię, przez co interesy całego Zachodu są zagrożone.

Kolejnym, ostatnim już czynnikiem globalizacji jest kultura. Czasami mówi się o kulturze sprzyjającej rozwojowi procesu, zaś innym razem określa się kulturę mianem bariery globalizacji. „ O ile entuzjaści globalizacji dowodzą, że w wyniku oddziaływań kultura staje się ujednolicona, to inni przekonują, że nie sprzyja ona globalizacji, a sama globalizacja może powodować różnicowanie, lub sprzyjać buntowi przeciw homogenizacji.”[6]

Nie jestem osobiście wielką entuzjastką globalizacji, uważam jednak osobiście, że świat staje się już globalny, a Polska uczestniczy w tym procesie. Wynikiem tego są nie tylko siły napędowe, ale również wybory dokonywane przez jednostki. Realiści, do których sama się zaliczam, akceptują globalizację jako „przejaw nowej logiki rozwojowej”[7].

Jeśli chodzi o ocenę globalizacji przedstawionej przez Morawskiego, jest ona głównie negatywna. Ukazał on bankructwa globalnych korporacji, czy też ofiary kapitalizmu, które są wywołane :

- nierównościami społeczno-ekonomicznymi,

- brakiem dbałości o tożsamość czy różnorodność,

- jak również uznał globalizację za zagrożenie państwa.

Uważam jednak, jako początkujący socjolog, że wszystkie zagrożenia płynące z globalizacji wywołuje społeczeństwo bojące się ogromu świata i globalizacji, która jest procesem nieuchronnym. Dlatego też, należy zapoznać się dobrze z możliwościami tego zjawiska i pozytywnymi jego skutkami, nie zapominając przy tym o „zagrożeniach” z nim płynących, dzięki czemu będziemy w stanie uniknąć wszelkich niebezpieczeństw.

W tej recenzji nie mogę pominąć rozdziału dotyczącego „consensusu waszyngtońskiego” i potrzebie regulacji. Należy wiedzieć, że na początku lat 70. określono rozwiązania dotyczące regulacji rynkowej, tj. : popieranie wolnego handlu i bezpośrednich inwestycji zagranicznych, dyscyplina fiskalna, prywatyzacja, deregulacja, zmniejszenie subsydiów rządowych, podatków, itd. Nie przywiązywano wówczas jednak większej roli do sprawiedliwości społecznej i kwestii redystrybucji. Wynikiem tego było, że większość państw nie realizowało zaleceń consensusu, ale również działy wbrew niemu, z powodu biedy w wielu krajach. Powstały wówczas jednak sukcesy między narodowe instytucji regulacji globalnej, takie jak walka z AIDS, czy też zwalczanie biedy.

Postanowiono wobec tego wprowadzić mechanizmy regulacji globalizacji politycznej. Do nich należy zaliczyć:

1. państwa i ich reprezentacja polityczna,

2. społeczeństwo obywatelskie

3. mechanizmy kontroli pośredniej.

Obecnie system globalnej regulacji dopiero się wyłania. „Wedle Roberta Gilpina ( 2001, s. 379-402) są trzy możliwe ujęcia jego istoty: neoliberalny instytucjonalizm, nowy mediewalizm i ponadpaństwowość.”[8] W tym pierwszym pojęciu głównymi przedstawicielami są państwa i wspomagające je instytucje międzynarodowe, drugie ujęcie dotyczy globalnego społeczeństwa, powiązanego z organizacjami pozarządowymi, które działają na wielu szczeblach. Zaś ponadpaństwowość oznacza, że do rządów należą uprawnienia, które regulują sprawy np. monopolu, konkurencji, czy kwestie sądownicze.

Innym problemem jest globalizacja kulturowa. Jest ona złożonym procesem, który dotyczy otwierania się na inny świat i innych ludzi. Młodym ludziom przychodzi to zdecydowanie łatwiej, aczkolwiek tolerancję zakłóca historia, która niesie wiele skaz na twarz państw. Mamy szansę jednak wywalczyć jedność kultur, do czego przekonują nas entuzjaści globalizacji. Uważam, że tą walką jest znalezienie „złotego środka”, który zaprzestanie wojen i waśni między kulturami.

Tą krótką recenzję chciałabym zakończyć trafnym, niejednoznacznym zdaniem Pana Surina Pitsuwan, Członka światowej Komisji ds. Społecznego Wymiaru Globalizacji, które wypowiedział w czasie konferencji ph. „ Społeczny wymiar globalizacji” :

“Globalizacja to coś na kształt przypływu, który dotyczy wszystkich – wielkich statków i małych łódek. Dzisiaj to raczej tsunami”.


[1] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 441

[2] Kołodko Grzegorz W.: „Globalizacja a perspektywy rozwoju krajów posocjalistycznych” str. 26

[3] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 443

[4] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 444

[5] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 445

[6] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 446

[7] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 446

[8] Maroda Mirosława: „Wymiary życia społecznego. Polska na przełomie XX i XXI wieku”. Str. 452

„Zmiana instytucjonalna”

Czytając rozdział „Społeczeństwo i jednostka. Zmienne oblicza przedmiotowości” z książki profesora Witolda Morawskiego p.t. „Zmiana instytucjonalna” zwróciłam uwagę na wiele wydarzeń historycznych, jakie miały odbicie w zmianach społecznych. Przede wszystkim podkreślany przełom 1989 roku nie wprowadził wielkich zmian społecznych, gdyż elita państwa partyjnego nadal traktowała społeczeństwo przedmiotowo, choć to ono było przedmiotem zmian zachodzących w Polsce. Orientacja demokratyczna uważa, że by realizować podmiotową rolę społeczeństwa, potrzebna jest walka wspólnot dla innych. Zaś orientacja liberalna obstawia za walką jednostek o swoje interesy. Zgadzam się, że społeczeństwo stało się wolne i równe, ale nie wobec siebie, mając na myśli pozycje materialne. W 50-tych latach XX wieku społeczeństwo polskie zaczęło walczyć o swoje prawa i możliwości. I wykształcił się ruch społeczny „Solidarność”, który był pierwszych niezależnym zrzeszeniem społecznym w socjalizmie. Ale kolejne wydarzenia, jak porozumienie Okrągłego Stołu miały wnieść kapitalizm polityczny, który uwypuklał właśnie brak równości w społeczeństwie.

Profesor pisze, że w 1995 roku wybór prezydenta był, jak ja to nazywam, „wyborem mniejszego zła”. Nie odniosę się do ’95 roku, ponieważ nie byłam wówczas w pełni świadoma, co się działo w polityce, i nie wiele wiem na ten temat, ale sama używam tego określenia do ostatnich wyborów prezydenckich. Ale wróćmy jeszcze do omawianych lat w rozdziale czwartym. Realia polskie pozwoliły wówczas socjologom na używanie pojęcia „my-oni”, dla opisu zjawiska dymorfizmu społecznego. Świetny cytat, jaki Pan Profesor zawarł w książce, należy do Zdzisława Krasnodębskiego „fakt, że obecnie jedna część Polaków czuje się doskonale reprezentowana, a druga wcale – świadczy o tym, że nie osiągnęliśmy zgody co do nas samych, że podział na ‘my’ i ‘oni’ przybrał nowe formy”.

Z czasem „elita” przestała interesować się klasą robotniczą, ale przeszła do klasy średniej. Robotnicy stali się „niemowami”, którzy widzieli to co chcieli zobaczyć i wierzyli w to co chcieli. A przecież jeszcze w latach 80-tych to elita integrowała się bardziej z chłopami. Także wiele się zmieniło w rządach, ale w formule „ja i my”, czyli ramach wspólnoty, można było lepiej wykorzystywać posiadane kapitały. Ludzie jeszcze wcześniej, w latach 60-tych, buntowali się, kiedy umowa społeczna (między władzą a ludem) nie była wypełniana. Nowe pokolenie chciało się kształcić, co było przez złamanie umowy nie możliwe. Darmowe wykształcenie, opieka zdrowotna, stały się mitem. Społeczeństwo zaczęło wierzyć w demokratyzm, na co godziła się Solidarność, uważając, że nastawią się na „sferę społeczną”. Udało się potraktować „instytucje demokracji przemysłowej jako zastępcze instytucje demokracji politycznej” (Witold Morawski, „Zmiana instytucjonalna” str. 167). Istniała chęć uspołecznienia, ale pojawił się problem mentalności, ale nastał też chaos w organizacji nowych partii politycznych. Wszyscy jednak tęsknili za socjalistyczną redystrybucją własności. Już w 1997r, program AWS stawiał bardziej na akceptację gospodarki rynkowej. Uważano, że liberałowie mogą sami wypracować programy, który działałyby zgodnie z tym, co społeczeństwo potrzebuje.

Wartości stały się zasobem efektywnym, bo były wszechobecne, głównie wśród osób inteligentnych. Dlatego Solidarność odwołująca się również do religii, zyskały przewagę. Kapitał ten dotyczył nie tylko zwykłych robotników, ale również dyrekcje, także wszystkich interesy miały wartość, a dzięki temu przedsiębiorstwo mogła pracować rzeczowo. I o godność głównie walczono w sierpniu 1980 roku. Wartości wszystkie wymieszały, ponieważ walki wspólnotowe nie były wolne od indywidualnych, w sensie, że solidarności, współpracy, pomocy wzajemnej, itp. Także wartości wspólne górowały nad indywidualnymi. Również walki o równość i wolność stanowiły główny program Solidarności w latach 80-tych. Ale w latach 90-tych kiedy socjalizm państwowy upadł, wówczas można było się skupić na rozdzielaniu wartości kolektywnych (wspólnych) od indywidualnych. Zgodziłabym się z Narojką, Winicjuszem, Jackiem Tarkowskim i Tomaszem Żukowskim. Jako początkujący socjolog, również jestem za tym, że życie społeczno-gospodarcze przenikało się ze sobą, podobnie jak społeczno-polityczne. Przecież tak naprawdę, wszyscy od siebie jesteśmy uzależnieni w mniejszym, bądź większym stopniu i nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ilu osobom ufamy i pokładamy nasze życie w ich ręce. Solidarność stawiała na utworzenie społeczeństwa obywatelskiego, który nie w 100% wpływa na politykę, ale tylko wpływa na jego usocjalizowanie się. Powstało wówczas społeczeństwo polityczne. Zacierały się tym samym bariery między państwem a społeczeństwem. Więc społeczeństwo stało się również obywatelskie, którego zadaniem było kontrolowanie państwa, a czasami wyręczanie go w pewnych funkcjach.

W każdym społeczeństwie są aktorzy społeczni, którzy pełnią różne funkcje. Demokracja uznaje społeczeństwo jako napęd do zmian systemowych. Profesor Morawski wymienia dwa sposoby tych zmian. Pierwszy następuje poprzez tradycje, wartości i interesy wpływając głównie na związki zawodowe, samorządy, stowarzyszenia społeczne i partie polityczne. Wszystkie te grupy, czyli instytucje wpływają na aparat władzy. Inny sposób to „bezpośrednie podporządkowanie państwa interesom i wartościom społeczeństwa za pomocą instytucji” (Witold Morawski, „Zmiana instytucjonalna” str. 186). W 1989 roku zmiany systemu w Polsce dokonała elita i klasa polityczna. A społeczeństwo tylko wybiera elity i gdy nawet ocena będzie negatywna takiej partii to obywatele wybiorą inną, która nadal będzie podejmowała kluczowe decyzje dotyczące systemu. Analizując system demokratyczny Solidarność stwierdziła, że idea społeczeństwa obywatelskiego była trochę zakłamana. Nie zgodzę się osobiście z tym. Uważam, podobnie jak Bohdan Cywiński, że do walki z ówczesnym reżimem potrzebne było społeczeństwo, jego wsparcie, jego wybory. Elita może faktycznie podejmować kluczowe decyzje w sprawach systemu politycznego, ale najpierw musi być dopuszczona do władzy, o czym właśnie decyduje głos ludu. Może zbyt idealistyczny jest pogląd Cywińskiego, że tylko wspólnota, zrozumienie, bezinteresowna pomoc mogą doprowadzić do walki z prześladowaniami. Na to trzeba jednak więcej siły i odwagi. Wspólnie faktycznie możemy osiągnąć więcej, niestety wiele osób nastawionych jest na rynek i walkę o własne interesy. Takimi wartościami kieruje się głównie człowiek ekonomiczny. Nie należy być jednak zaślepionym i wpatrzonym w działania elit. Oni też popełniają błędy i przewartościowują społeczeństwo, patrząc głównie na własne interesy a nie dobro społeczeństwa. Często również podkreślano, że reformy gospodarcze w Polsce nie mają wiele wspólnego z ideą społeczeństwa obywatelskiego.

Wartości uważam za istotne w tworzeniu systemów politycznych, nie można jednak zapominać o istocie interesów, ale społeczeństwa. Sądzę, że skoro elita jest wybierana przez społeczeństwo to znaczy, że pokłada w niej nadzieję na lepsze zmiany. Należy przeć do przodu za krajami zachodnimi i nie skupiać się przesadnie na tym co było w historii. Nie można jednak o niej zapominać, by nie popełniać tych samych błędów, które były już popełnione i zaszkodziły społeczeństwu. Należy liczyć się z interesem kraju, gospodarki, jednostek i wspólnym interesem. Warto również zwrócić swoją uwagę na wartości, jakie przedstawia społeczeństwo. Ciężko jednak doprowadzić do konfrontacji interesów, rynku i wartość, bo za bardzo różnią się one od siebie. Do tej pory ani konserwatyści ani socjaldemokraci nie mają złotego środka na połączenie wymienionych czynników. Są to jednak problemy, nadal aktualne, z którymi trzeba będzie się wreszcie zmierzyć.

Analiza zarządzania kryzysowego w czasie powodzi w 1997r.

Wyszła z tego mała rozprawka… ale warto się z nią zapoznać, gdyż co roku ludzie tracą dobytki swojego życia…

Rozpoczynając podróż w przeszłość wraz z dr Piotrem Chmielewskim (na podstawie „Crisis Management of the 1997 Floods” z książki pt. „The Politics of Crisis Management in Transitional Poland from 1990-1999” (pod redakcją CRISMART) ) rozmyślam nad klimatem i działaniami człowieczeństwa – do czego to wszystko nas w przyszłości doprowadzi?

Narazie doprowadziło nas do powodzi w 1997 roku. Wywołała ona ogromne straty: 54 osoby zginęły, 162 tyś ludzi zostało ewakuowanych z domów, 7tyś rodzin zostało bez dachu nad głową, nie mówiąc już o wielkiej ilości zalanych domów, ziem, roślin… Te wszystkie straty były przeliczone na prawie 4 biliony dolarów.

Powódz roku 1997 wywołała wielki kryzys, to była nagła powódź, której nikt się nie spodziewał. Siła rażenia była tak duża, że ciężko było sobie z nią poradzić. Dlatego też postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu zjawisku w odniesieniu do zarządzania taką tragedią.

Dr Chmielewski założył 4 konkluzje analizując historycznie działania Odry:

  1. Odra, zarówno jak Wisła są rzekami, które najczęściej wywołują powodzie, które zagrażają społeczeństwu.
  2. Częste i niestety w konsekwencji bolesne powodzie wskazują na słabo rozwinięte siły zarządzania wodnego w Polsce.
  3. Wydarzenia z 1997r. pokazują, że nie należy lekceważyć sił natury.
  4. Należy traktować powodzie, jako ingerencję człowieka w naturę i zdać sobie sprawę z konsekwencji naszych działań.

W kontekście ekologiczno-technicznym ważne jest szersze spojrzenie na poprawną współpracę instytucji zarówno ekologicznych, technicznych, jak i politycznych. Zaangażowanie tych instytucji jest istotne dla zapobiegania i złagodzenia kryzysów. Można powiedzieć, że dzięki ochronie przed powodzią (poprzez użycie konstrukcji zbiorników, regulacji wody) można zmniejszyć skutki takiej sytuacji. Oczywiście wszystkie działania muszą być zgodne z procesami i regułami, ale nie tylko. Są również niepisane reguły, których powinniśmy przestrzegać ze względu na nasze życie i naturę, która bywa groźna jak się przekonaliśmy w 1997r.

Niestety ubogie zabezpieczenia i wysokich koszty utrzymania hydrotechnicznej infrastruktury powodują:

  1. niewystarczające finansowanie różnych poziomów życia społecznego (mówimy tutaj o ochronie przeciwpowodziowej);
  2. brak zintegrowanej ekonomii wodnej, jak również nieskuteczną koordynację i ochronę przed powodziami w Polsce
  3. widoczne ograniczenie zdolności nauki (poznanie aspektów powodzi).

Spoglądając zaś w kierunku politycznym i administracyjnym w kontekście powodzi, zauważyć można, że sytuacja polityczna w 1997r. nie sprzyjała sytuacji. Zmiany jakie nastąpiły w czasie transformacji wprowadziły nowe przepisy, reformy, etc. Nie chcę skupiać się na dokładności tych zmian, ale najważniejszą zmianą dla zarządzania kryzysowego był fakt, że na poziomie lokalnym (prawie 1700 gmin i 800 samorządów miejskich) poszczególne głowy władz były odpowiedzialne za sprawy publiczne, łącznie ze sprawami z zarządzania kryzysowego. Taka ilość organizacji do podejmowania decyzji wcale nie pomagała w sytuacjach zagrożenia życia (1997r.).

W analizie dr Chmielewski bardzo skrupulatnie ukazał chronologię wydarzeń od momentu stworzenia raportów przez IMGW z Poznania i Wrocławia (1-4 lipiec) do dni, w których zaczął opadać poziom wód, choć ludzie nadal przygotowywali się do kolejnego uderzenia fali powodzi (21 lipca – 8 sierpnia). Można z niego wyczytać co działo się pokolei i jakie decyzje były podejmowane w czasie tego kryzysu.

Decyzje podejmowane wówczas wymagały współpracy między organizacjami wojewódzkimi, powiatowymi i gminnymi. Oczywiście pierwsze decyzje należały do władz zajmujących się zarządzaniem kryzysowym w Polsce, ale również musieli oni współpracować z pozostałymi krajami, które również zostały dotknięte powodzią (Czechy, Niemcy). Główne decyzje, jakie zostały przez nich podjęte to:

- techniczno – operacyjne decyzje podejmowane przez centralny rząd wraz z przedstawicielami władz: premier, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, Ministerstwo Środowiska, Biuro Dyrektora Obrony Cywilnej, Główny Sztab Straży Pożarnej, Centralna Komisja ds. Powodzi, itd.

- zmiana pewnych reguł i przedstawienie nowych instytucji, dla uporania się z kryzysem; te instytucjonalno - organizacyjne zmiany współgrały ze strukturalnymi i organizacyjnymi rozwiązaniami.

- wiele decyzji dotyczących powodzi wykraczały poza kompetencje rządu zaś wymagały decyzji innych władz (legislacyjnych i wykonawczych).

Dalsza część analizy kryzysu powodzi z roku 1997 dotyczyła konkretnych decyzji podejmowanych przez specjalnie utworzoną Grupę Operacyjną w Biurze Dyrektora Obrony Cywilnej. Pierwsze decyzje podejmował Dyrektor Narodowego Centrum Koordynacji Ratownictwa, zaś IMGW informował na bierząco o stanie wód i pogodzie. Sztab antykryzysowy zaczął się rozwijać o kolejne organizacje. Jednak cała Grupa Operacyjna Obrony Cywilnej składała się z 3 osób, a do ich celów należało:

a) gromadzenie informacji z powiatów

b) analizować możliwe zagrożenia.

Decyzje zaczęto podejmować z każdym dniem coraz szybciej. Zorganizowano mapy sytuacyjne, zebrano wiecej informacji i przygotowano pierwsze prognozy rozwoju powodzi. Inne jednostki rozpoczęły kolejne działania: zorganizowano jednostki do kontaktu operacyjnego zarówno w czasie nocy, jak i dnia.

Sztab antykryzysowy podjął dalsze kroki do walki z tym niebezpiecznym zjawiskiem. Ich decyzje operacyjne były bazowane na istniejących umowach innych instytucji zajmujących się kryzysem zarządzania w Polsce. Efektywne reakcje na powódź wymagały zespołu do stworzenia nowych decyzji i tak powstała Państwowa Grupa do Koordynacji Przeciwpowodziowych Zadań. W skład tej organizacji wchodzili:

1) reprezentacja składająca się z 3 osób z Ministerstwa Obrony Narodowej,

2) reprezentant Ministerstwa Ochrony Środowiska (sekretarz)

3) reprezentant Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (zastępca ministra)

4) reprezentant Ministerstwa Infrastruktury (zastępca ministra)

5) reprezentant Ministerstwa Zdrowia (główny inspektor sanitarny, zastępca ministra)

6) reprezentant Biura Ministra Państwa (zastępca ministra)

7) reprezentant Ministerstwa Finansów (zastępca ministra)

8) reprezentant Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej (zastępca ministra)

9) Dyrektor Obrony Cywilnej

10) Dyrektor Narodowej Straży Pożarnej

11) Przedstawiciel Głownej Komendy Policji w Polsce

12) Główny Inspektor Architektury

13) Główny Inspektor Ochrony Środowiska

Wspólnie podejmowali decyzje dotyczące zlagodzenia skutków powodzi.

Z danych „Raportu wstepnego Przewodniczącego Zespołu do Koordynacji działań mających na celu przeciwdziałanie skutkom powodzi lipiec-sierpień 1997” wynika na ile skuteczna była akcja przeciwpowodziowa z punktu widzenia właściwego wykorzystania dostępnych sił i środków oraz procesu ewakuacji ludności. Z tego raportu wynika, że największe zaangażowanie miało miejsce w dniach:

- Państwowa Straż Pożarna – 9 i 25 lipca

- Ochotnicza Straż Pożarna – 9 i 21 lipca

- Wojsko – systematyczny wzrost zaangazowania do 21 lipca

- Policja – 11, 20 i 22 lipca

- Nadwiślańskie Jednostki Wojskowe MSWiA – 10, 16 i 23-27 lipca

- Maksimum mobilizacji wszystkich sił łącznie przypadało na 11 i 23 lipca 1997r.

Z zebranych danych można łatwo zauwazyć, że głównie wojsko było zaangażowane w akcję przeciwpowodziową, zaś następnie straż pożarna i policja. Ewakuacja ludzi była nasilona 10 i 19 lipca, kiedy to powódź była już określona za tragedię i katastrofę. Najintensywniej jednak służby pracowały od 8 do 12 lipca.

Autor tekstu zwrócił w swojej analizie uwagę na zniszczenia, jakich powódź dokonała, ale również na odszkodowania ofiarom powodzi.

W Polsce ofiary powodzi otrzymały pomoc finansową z PZU (Polski Związek Ubezpieczeń). Jednak okazało sie, że prawie 85% rolników nie było ubezpieczonych. I niestety już 8 lipca rząd wydał oświadczenie, w którym stwierdził, że nie może pozwolić na odszkodowania z powodu utraty plonów, gdyż jest to tak wielka suma, że państwo musiałoby złamać wiele przepisów, by móc wypłacić zadośćuczynienie. Jednak opinia Polaków była po tym wystąpieniu tak negatywna, że rząd 21 lipca przeprosił głównie ofiary powodzi za te słowa. Państwo zaczęło zastanawiać się ile może przeznaczyć na odbudowę miast, wsi, wykorzystując fundusze z budżetu państwa. Przewidziano ponad 500 milionów złotych na odbudowę, choć i to było za mało, bo tylko jedno miasto – Kłodzk, potrzebował aż 200 milionów złotych na odbudowę miasta. Kolejne decyzje odnośnie odszkodowań dawały ofiarom po 3000zł jednorazowej zapomogi. Była to jednak kropla w morzu potrzeb, dlatego zaczęto proponować kredyty na bardzo korzystnych warunkach, jak również sam rząd zaczął zastanawiać się nad kredytem u innych państw. 21 lipca Minister Pracy zapowiedział, że już w najbliższym czasie ponad 50 tysięcy ofiar powodzi otrzyma rekompensatę za straty. Utworzono również Program Rekonstrukcji i Modernizacji Państwa, co było reakcją Państwa na katastrofę. Założono natychmiastowe działania już w czasie powodzi, szybkie działania na najbliższe pół roku w celu zmniejszenia skutków powodzi, jak również długo trwałe działania, które swoim czasem miały dosięgnąć do końca 2001r.

Ważną częścią analizy według mnie jest zaznaczenie jak ważny jest przepływ informacji dla uniknięcia problemów. Okazało się, że właśnie zarządzanie informacją stanowiło problem. Na początku lipca IMGW we Wrocławiu podała raport na temat stanu wód, jak również prognozę pogody, który mówił o zagrożeniu płynącego z deszczów i możliwości wylania wód Odry i Nysy. I już w sobotę zalane były Chałupki, Bystrzyca, Krzyżanowice. Wojewódzki Komitet Przeciwpowodziowy we Wrocławiu postawił już miasto w stan gotowości, ale władze miasta nie zostały o niczym powiadomione, jak również Kłodzk nie został o niczym powiadomiony. Z tego powodu w poniedziałek (mimo, że wiele instytucji wiedziało o sytuacji, a nie powiadomiono miasta Kłodz) miasto zostało zalane przez 700cm wielką falę. Wszystko znalazło się tego dnia pod wodą. Również informacje na temat ubezpieczeń były błędnie podawane, co wywoływało oburzenie wśród ludzi. Dr Chmielewski zauważył brak przepływu informacji między poszczególnymi organizacjami, jak również brak współpracy między nimi, co zostało bardzo dokładnie opisane w punkcie: Information management problems. W analizie nie zostało również pominięte relacje mediów, które nie dokońca pokazywały prawdę. Media szeroko okazywały współczucie ofiarom, ale również wskazywały winnych tej sytuacji, co nie pomagało w rozwiązaniu problemu. Doświadczenie z powodzi świadczy o potrzebie wprowadzenia pewnych ustaleń, reguł prawnych dla mediów, by uniknąć przesadnych komentarzy w mediach, które mogły wywołać panikę w społeczeństwie.

Duża część analizy poświęcona jest nauczce, jaka wypływa z tej katastrofy.

1) Rozwój umiejętności przekywania informacji między organizacjami.

2) Doświadczenie w zarządzaniu kryzysami (analizy sukcesów i porażek instytucji zarządzania kryzysowego).

3) Decyzje o zwiększeniu i zmodernizowaniu technicznego wsparcia rzek przed zalaniem.

W końcowej analizie tego podpunktu czytamy, że nadal brak jest zgodnego i pełnego systemu instytucjonalnych reguł, czemu dr Chmielewski poświęcił wiele pracy i analizy.

Podsumowując analizę powodzi 1997r. dostrzegłam, w jaki sposób należy przeprowadzać analizy kryzysów. Nie powinno się skupiać tylko i wyłącznie na suchych fatach i faktach, ale obserwować całą sytuację, żeby zauważyć jakie są problemy w czasie kryzysów, takich jak była powódź w 1997r.

Należy nastawić się w analizie na ryzyka i możliwości/szanse, jakie daje dana sytuacja. Nie należy jednak obarczać innych winą, ale zająć się już skutkami katastrofy i doprowadzić do zlagodzenia jej skutków. Tak też było z powodzią na południu Polski. Doprowadziła ona w rezultacie do ustalenia nowych zmian i rozwiązań w organizacjach, nie tylko tych rządowych, ale również NGO, gdyz one wszystkie w dobie kryzysu powinny uelastycznić się na działania zewnętrzne, jak i wewnętrze. Oczywiście zarządzanie kryzysowe należy umocnić w umiejętności ludzi, w wiedzę i spróbować zatrudniać osoby, które mają szersze pole widzenia, są ekspertami w swojej dziedzinie i nie wymagają doradców w swoim fachu. Wówczas zarówno przepływ informacji będzie lepszy, jak również dobro społeczeństwa będzie zadbane. Należy również zwrócić większą uwagę na hierarchię w organizacjach, by w czasie kryzysu nie dochodziło dodatkowo do kłótni o pełnione role. Trzeba jednak zapamiętać, że to nie hierarchia, komunikacja, czy emocje są najważniejsze, ale zaufanie i mniejszej formalności w czasie kryzysu, gdyż wówczas więcej możemy wspólnie osiągnąć.

Niestety… Katastrofy naturalne nie należą do sytuacji, w których panujemy nad emocjami, czy też wiemy jak zachowywać się od razu w danej sytuacji. Oczywiste jest, że ogarnia nas panika i boimi się o własne życie, także moim zdaniem, czasami nawet jasne reguły nie sprecyzują naszych działań.

Przyglądając się bliżej analizie tego kryzysu doszłam do wniosku, że nie wystarczy poczytać informacje na temat wybranego kryzysu do omówienia. Trzeba być szczególnie wrażliwym w dobie katastrofy i uważnym na wszystkie informacje, jakie napływają do nas z każdej strony. Trzeba przeżyć tę klęskę i uczestniczyć w niej, jak również wiedzieć o wielu decyzjach, jakie wówczas zostały podejmowane, żeby później z dystansem przejść do analizy tego krysysu. I to w zupełności udało się dr Chmielewskiemu. Uważam, że cała książka „The Politics of Crisis Management in Transitional Poland from 1990-1999” powinna zostać podręcznikiem akademickim, do omawiania studiów przypadków z zarządzania kryzysowego.

I’ll change my life … I’ll make a vow and nothings gonna stop me now

I am changing by Jennifer Hudson
Look at me, Look at me
I am changing
Trying every way I can
I am changing
I’ll be better than I am
I’m trying to find a way to understand
But I need you, I need you
I need a hand
I am changing
Seeing everything so clear
I am changing
I’m gonna start right now, right here
I’m hoping to work it out
And I know that I can
But I need you, I need a hand

All of my life I’ve been a fool
Who said I can do it all alone?

How many good friends have I already lost?
How many dark nights have I known?
Walking down that wrong road
There was nothing I could find
All those years of darkness
Could make a person blind
But now I can see

I am changing
Trying every way I can
I am changing
I’ll be better than I am
But I need a friend
To help me start all over again,Oh
That would be just fine
I know it’s gonna work out this time
‘Cause this time I am
This time I am
I am changing
I’ll get my life together now
I am changing
Yes I know how
I’m gonna start again
I’m gonna leave my past behind

I’ll change my life
I’ll make a vow and nothings gonna stop me now

Trochę o stereotypach polsko - niemieckich

Swoje rozważania na temat stereotypów polsko – niemieckich rozpocznę od wyjaśnienia definicji stereotypów narodowych, bo to nimi zajmę się w swojej pracy. Nawiążę również do własnych obserwacji, podczas mojego półrocznego pobytu w Niemczech. Głównie wchodząc w interakcje z narodem Niemieckim, przekonałam się, jakie stereotypy i uprzedzenia istnieją między dwoma sąsiednimi narodami.

Najczęściej spotykany rodzaj stereotypów, odnoszących się swoją treścią do grup etnicznych (innych narodów lub mniejszości narodowych),” to właśnie stereotyp narodowy. „Może być albo zbyt dużym uproszczeniem reprezentacji typowych cech członków grupy etnicznej lub fałszywym twierdzeniem powtarzanych wiele razy i przyjęty przez wielu ludzi za ogólną prawdę. Użycie stereotypów często niesie niezrozumienie i rani uczucia.”[1]

„Stereotypy narodowe mogą mieć mocniejszą lub słabszą wymowę. Im ściślejsze i bardziej obciążające są kontakty historyczne, tym wyrazistsze powstają stereotypy.”[2]

Przechodząc do meritum należy zwrócić uwagę na obraz Polski i Polaków w społeczeństwie niemieckim, który zawiera więcej elementów negatywnych, a jednocześnie mniej skrystalizowany niż wizerunek Niemiec w społeczeństwie polskim.

Niemcy wypowiadając się o Polsce lub stosunkach polsko-niemieckich zdecydowanie częściej niż Polacy odpowiadają ambiwalentnie, bądź nie mają zdania. Prawie 20% Niemców nie ma żadnych skojarzeń z Polska i Polakami. Zaś wśród wymienianych skojarzeń z naszym krajem zdecydowanie dominuję te negatywne.

Jak się okazuje w świadomości wielu cudzoziemców funkcjonuje obraz Polski, jako biednego komunistycznego kraju, gdzie mrozy są codziennością a białe niedźwiedzie przechadzają się po ulicach. Na mapie geopolitycznej obcokrajowca Polska znajduje się bardziej na wschód niż wynika z jej faktycznego położenia. Polska nieraz mylona jest ze swoim wschodnim sąsiadem – Rosją, a język polski bywa uważany za dialekt języka rosyjskiego. Osobiście spotkałam się z opinią, że mamy rosyjski alfabet i potrafimy zrozumieć wszystko, co mówią Rosjanie, bo to ten sam język.

Tak naprawdę stereotypy o Polsce i Polakach wynikają z niewiedzy o nas i naszym kraju. W popularnych przesądach jak w krzywym zwierciadle odbija się karykaturalny obraz Polaka, bardzo daleki od rzeczywistości.

Należy zwrócić uwagę, że te stereotypy i uprzedzenia są wynikiem historii, która nikogo nie oszczędziła.

Szymon Staropolski, polski szlachcic żyjący w XVII wieku, tak opisywał sarmackość: „Nie jesteśmy pyszałkowaci jak Niemcy ani okrutnicy jak Moskale, ani truciciele jak Szwedzie, ani wprawienia do rozbojów i kradzieży jak Węgrzy, ani pogardzający obcymi jak Anglicy ani zawzięci w gniewie jak Szkoci”. Cytat ten pokazuje, że stereotypy powstawały właśnie poprzez pryzmat historii i polityki każdego z państw. Zwracało się uwagę głównie na negatywne zachowania i generalizowano je, nie przypisując ich jednostkom, a całemu państwu. Stereotypy są przejawem tzw. etnopaulizmu, czyli pomniejszania czyjejś rangi, żeby w ten sposób siebie wywyższyć. Narodowe stereotypy powstają dlatego, że większość ludzi myśli o sobie lepiej niż o innych, ale ta sama większość ma jednocześnie kompleksy wobec innych. Uważam, jednak, że stereotypy zawierają ziarnko prawdy.

Autorem pierwszego socjologicznego studium stereotypów narodowych był Alexis de Tocqueville, który w 1831 roku odbył podróż po Stanach Zjednoczonych i opisał wzajemne relacje przedstawicieli różnych nacji. W 1979 roku Richard Reeves powtórzył trasę Tocqueville’a i stwierdził, że schemat dotyczący myślenia nie zmienił się przez 150 lat.

Animozje polsko-niemieckie zawsze będą łatwo odżywać, bo antypolski stereotyp jest częścią tożsamości Niemców. To w XIX wieku, kiedy w skład narodu niemieckiego wchodziły klasy niższe, powtarzano im: „Nie jesteśmy chciwi jak Żydzi, niezaradni brudni Polacy”. Do dziś mówi się o polnische Wirtschaft ( polskiej gospodarce ) jako synonimie zacofania, bałaganu, nieefektywności. Dla Niemców negatywnym punktem odniesienia są właśnie Polacy.

Z badań przeprowadzonych dla tygodnika „Der Spiegel” wynika, że co trzeci młody Niemiec uważa się za lepszego pod każdym względem od Polaka. Thomas Venclova w eseju „O problemie stereotypu litewskiego” napisał, Polak odznacza się „pychą, perfidią i skłonnością do anarchii”, Niemiec jest „karny i zdyscyplinowany”, zdolny do każdej podłości na rozkaz. Na tle germańskiej bezduszności i słowiańskiego chaosu świat Bałtów jest światem idealnym. Także opinie te są jak widać przekazem polityki narodowej w przeszłości.

Przejdę teraz do stereotypów, które przejawiają się w codzienności życia.

Pierwszym stereotypem, z którym zaraz po wjeździe do Niemiec przekonałam się to opinia o Polakach, jako pijakach. Faktycznie zwyczaj picia alkoholu, w szczególności wódki jest głęboko zakorzeniony w naszej kulturze. Każdemu spotkaniu rodzinnemu, czy też przyjacielskiemu towarzyszy trunek procentowy. Wywodzi się to jeszcze z czasów szlacheckich i wyraża chociażby w staropolskim powiedzeniu: „Jedz, pij i popuszczaj pasa”. Natomiast stereotyp Polaka pijaka i obżartucha zdecydowanie daleki jest od prawdy. Niemcy uważają, że Polacy piją przy każdej możliwej okazji i potrafią pić litrami napoje alkoholowe. Nie lepiej jednak Polacy myślą o sąsiadach. Uważa się ich za osoby pijące głównie piwo, przez co brzuszki zwłaszcza panów zdecydowanie są większe. I faktycznie, wieczorną rozrywką głównie panów jest przesiadywanie w klubach i picie piwa.

Innym stereotypem wywołanym przeszłością naszych krajów są przestępstwa. Uważa się Polaków za złodziei. Wiele dowcipów do dziś krąży po Niemczech typu: „Jedź do Polski na urlop, twój samochód już tam jest”. Osobiście, jako socjolog, interesujący się przez pewien czas sprawami mafii, uważam, że jest to właśnie ich wina. To mafia pruszkowska, głównie w latach 1994-1996 kradła w Berlinie samochody i sprowadzała je do Polski, dzięki czemu zarabiała na tym dużo pieniędzy, a z perspektywy czasu Polska straciła w oczach Niemców. Inną sprawą jest, że człowiek słaby w swoich emocjach i asertywności kradnie samochody. Niemcy również kradną, ale jeśli Polak ukradnie to utrzymuje się opinia o Polakach jako złodziejach. Z kolei jeśli Niemiec ukradnie, to szuka się przyczyn i motywów popełnionego przestępstwa. Jeśli natomiast Niemiec przyjedzie do Polski samochodem i w Polsce go utraci to również uważa, że jest to normą. Niestety z nieoficjalnych źródeł jak się dowiedziałam, wiele Niemców rozpoczyna zupełnie inną metodę „kradzieży”. A mianowicie przyjeżdżają do Polski samochodem, po czym „na czarno” sprzedają go, zaś na policji składają zeznanie, że samochód został skradziony, dzięki czemu otrzymują z Niemiec bardzo wysokie odszkodowania. Wyższe nawet niż wartość samochodu, co uzależnione jest do ceny ubezpieczenia. Zaskakujące jest to, że nie uważają to za zło i kłamstwo, tylko za interes. Gdyby Polak tak zrobił, nie byłby w oczach osobą robiącą interesy, ale zwyczajnym złodziejem.

Kolejną sprawą jest postrzeganie Polski, jako kraju dalekiego i zapomnianego cywilizacyjnie. Co prawda według ostatnich badań prowadzonych przez Instytut Spraw Publicznych, „w mniejszym stopniu jesteśmy postrzegani przez pryzmat zacofania. Między innymi odsetek badanych mówiących o Polakach jako zacofanych spadł z 44 do 32 %.” Mimo to ludzie niewykształceni postrzegają nas jako opóźnione państwo, o którym uczyli się w podręcznikach szkoły podstawowej, które przedstawiały jeszcze do niedawna Polskę jako komunistyczne państwo. W czasie jednej imprezy, na której byłam w Niemczech, piłam Coca Colę, po czym podeszła do mnie koleżanka i spytała się czy ten napój mi smakuje. Zaskoczona pytanie odpowiedziałam, że tak, bo inaczej bym go nie piła. Na co ona chcąc być miła i uprzejma, powiedziała, że może mi kupić więcej coli i jeśli nie mamy jej w Polsce to ona mi wyśle, lub kupi tyle, żebym przewiozła. Pytała się również, czy znam takie napoje jak: Sprite i Fanta. Mój szok sięgnął w tym momencie zenitu, gdyż nie spodziewałam się aż tak zacofanych opinii na temat Polski. Oczywiście wyprowadziłam koleżankę z błędu, ale myślę, że do tej pory mi nie wierzy w kwestii tego, co jest, a czego nie ma u nas. Innym, ale podobnym pytaniem było: czy posiadamy wędliny i mięso, i czy jest możliwość kupienia takich rzeczy, czy trzeba specjalnie czekać na zamówienie. Te i wiele innych sytuacji utwierdziły mnie w przekonaniu, że my Polacy jesteśmy zdecydowanie bardziej otwarci na inne kraje i nasza wiedza na temat krajów sąsiednich, nie ma porównania z niewiedzą Niemców.

Niemcy z kolei wskazują zwłaszcza ostatnio na pracowitość Polaków według badań Instytutu Spraw Publicznych. Faktycznie wygląda to inaczej. Niemcy są nadzwyczaj nietolerancyjni i taki stereotyp trwa już od czasów II wojny światowej. Nie tolerują oni innych narodów, głównie Polaków, Turków i Włochów. Każdy z obywateli tych narodów ma bardzo ciężko w zaaklimatyzowaniu się, czy też przystosowaniu do środowiska niemieckiego. Głównie z tego powodu, że nie są oni ochoczo przyjęci wśród Niemców. Byłam nawet świadkiem zdarzenia, kiedy dom Turków się zapalił. A część straży pożarnej nie chciała jechać, ze względu na swoje poglądy na temat islamu i narodowości. Osobiście również padłam ofiarą nietolerancji Niemców i uważania mnie za osobę niewykształconą. Wynikiem mojej obserwacji w tym zakresie jest teza, że osoby otwarte na świat i przyjmujące nowe kultury jako dobro, a nie konieczne zło są bardzo dobrze wykształcone. Wiedza ich jest również rozległa na temat innych państw i zdają sobie sprawę, że nie można się wywyższać na tle pozostałych narodowości, bo to może doprowadzić w przyszłości do dużego zatargu międzynarodowego. Z kolei osoby niewykształcone uważają, że Polacy przyjeżdżają do Niemiec, tylko po pieniądze i po pomoc finansową, ponieważ w Polsce jest bieda i brak pracy. Jest to problem polityczny również, wywołany rządami państwa niemieckiego i polskiego. Ale niestety odbija się to głównie na bezpośrednich kontaktach z ludźmi.

Sytuacja taka nie ulegnie zmianie, póki Polacy nie pokażą naprawdę, na co ich stać, i póki nie będą wiedzieć jakie rządy mogą przynieść Polsce więcej dobra niż zła.

Przywołam jeszcze przykładowe mecze Polski z Niemcami, np. w czasie mistrzostw świata piłki nożnej czy mistrzostw Europy piłki ręcznej. Polacy przegrali z Niemcami, ale tak naprawdę tylko te mecze przywołują nam tak wielkie emocje i chęci wygrania. Myślę, że stereotypy o Niemcach i Polakach nie zginą w nas, póki wszyscy nie wykształcimy się i póki nie nabierzemy więcej tolerancji i zaufania do siebie.

Należy zwrócić uwagę również na media, o których wspomina w swojej pracy Grzegorz Szymański. Uważa on, że media odgrywają bardzo dużą rolę w kształtowaniu stereotypów i uprzedzeń w stosunków polsko-niemieckich. Niechlubną rolę, jak to określa. To media przekazują prawdę historyczną, która jest zakłamana w podręcznikach. Niestety media również nie używają w swoich informacjach tylko prawdy. Wydaje się, że prym w powierzchowności w sprawach historycznych prowadzą media niemieckie. Jak się okazuje liczba polskich śladów wojennych w Niemczech jest niewielka. „Ogranicza się ona głównie do obozów koncentracyjnych lub miejsc pochówku robotników przymusowych. Strona niemiecka uważa te symboliczne formy za wystarczające. Brakuje jednak informacyjnych lub edukacyjnych form upamiętnienia, a szeroki krąg odbiorców niemieckich ma mało okazji, aby w popularnej formie zdobyć wiedzę o historii obu krajów, w tym stosunkach w okresie okupacji”[3]

Niemcy mylą powstanie warszawskie z powstaniem w warszawskim getcie, uczynił to zarówno były prezydent Niemiec Roman Herzog, po czym błąd ten powtórzyła gazeta „Stern”. Wielu uczniów, co wynika z badań przeprowadzonych przez Annę Tyszewską nie zna daty rozpoczęcia II wojny światowej, a co dopiero ile ofiar niosła za sobą wojna. W przeciwieństwie do Polskich uczniów, którzy głównie poświęcają lekturę II wojnie światowej. To wywołuje w nas myślenie o Niemcach, jak, o niedouczonych, wręcz głupich uczniach.

Nie zmieni się to niestety dopóki zarówno politycy, jak i nauczyciele nie będą wreszcie współpracować i przekazywać dobrych wzorców młodym, w których rękach leży nasza przyszłość.

Po wejściu do Unii Europejskiej, Polska przekroczyła symboliczną granicę Zachodu i to zmienia spojrzenie Niemców i polepsza jej wizerunek. To dobra wiadomość wynikająca z badań Instytutu Spraw Publicznych „Niemcy o Polsce i Polakach 200-2006”. Ale dzieje się to dość wolno, a negatywne stereotypy wciąż przeważają. Niemcy obecnie uważane są za głównych sojuszników Polaków. 45% Niemców przyznaje, że należy, prowadząc interesy z Rosją brać pod uwagę także opinie Polski, ale tylko 7% jest zdecydowanie za tym. Przeciwnego zdania jest zaś 38%.

Wiele stereotypów i uprzedzeń bierze się z niewiedzy Niemców. Co prawda po 1989 roku Polskę odwiedziło 30% Niemców (i tyle samo Polaków było w Niemczech), ale znaczną ich część stanowią mieszkańcy terenów nadgranicznych, przyjeżdżający do Polski na zakupy. Generalnie jednak, ci którzy w Polsce byli, ci wykształceni, widzą nas zdecydowanie lepiej niż ci, którzy znają Polskę tylko z mediów. Gorsze jest to, że wśród Niemców przeważają skojarzenia negatywne nad pozytywnymi (41% do 30). Na pierwszym miejscu – jak sześć lat temu – jest przestępczość, głównie kradzieże samochodów, ale także praca na czarno dobieranie miejsc pracy Niemcom, bieda, zacofanie. Pocieszające jest, że Niemcy zaczynają jednak dostrzegać także nasze osiągnięcia gospodarcze, pracowitość, demokrację parlamentarną. Jednak poprawa wizerunku Polaków jest procesem stopniowym i wyraźnie się zaczął.

Osobiście uważam, że póki nie zmieni się władza w naszym kraju nie możemy liczyć na zmianę poglądu Niemców na temat Polaków.


[1] Wikipedia

[2] J. Klein „Mechanizmy językowe tworzenia uprzedzeń narodowych. Uprzedzenia między Polakami i Niemcami. Materiały polsko-niemieckiego Sympozjum Naukowego 9-11 grudnia 1992 Gorlitz-Zgorzelec, red. F. Grucza, Warszawa 1994, s.124

[3] J. Kranz „Oczekiwanie i rzeczywistość: uwagi o współpracy polsko-niemieckiej. Raport Centrum Stosunków Międzynarodowych i Fundacji Karola Adenauera. Centrum Stosunków Międzynarodowych, Warszawa, 2003,s.32.